W najbliższą niedzielę będziemy obchodzić już 100. Światowy Dzień Misyjny, który
rozpoczyna tydzień misyjny.
Ten czas zachęca nas do zwrócenia szczególnej uwagi na działalność misyjną misjonarzy i misjonarek, którzy zdecydowali się opuścić swój kraj i rodzinę i żyć na dla dobra innych. Mnie natomiast skłania do szerszej refleksji na temat mojej misji w Peru, w Limie, w dom Otwartym Księdza Bosko. Do zastanowienia się co dał mi ten czas i czy warto było wyjechać.


Na wstępie chcę jednak wspomnieć o księdzu Piotrze, który jest dla mnie wzorem księdza i misjonarza. Człowiekiem, który zawierzył swoje całe życie Bogu i niestrudzenie oddaje swoje serce dla innych. Ksiądz Piotr mieszka w Peru już prawie 40 lat, i choć podczas tego okresu jego zadania ulegały zmianom to większą część swojego życia w Peru poświęcił Domowi Księdza Bosco. To on go zbudował i był jego pierwszym opiekunem. To dzięki ks. Piotrowi wielu chłopakom udało się odmienić swoje życie, założyć rodzinny, znaleźć dobrą pracę. Podczas mojego pobytu niejednokrotnie miałam możliwość spotkać byłych wychowanków Domu, którzy zawsze wypowiadali się o księdzu Piotrze z ogromnym szacunkiem i wdzięcznością. Ja osobiście podziwiam księdza Piotra za to, że zawsze stawiał chłopaków na pierwszym miejscu i zawsze miał czas na rozmowę z nimi i nieustannie szukał dróg pomocy chłopakom. Należy jednak wspomnieć, że ksiądz Piotr to też wspaniały duszpasterz, który w umiejętny sposób przybliżał chłopaków do Chrystusa, i to niezależnie czy byli katolikami, protestantami czy dopiero poznawali Boga.


Jednak misja to nie tylko misjonarze, ale także lokalna społeczność. Bowiem misja to nie dzieło jednego człowieka, grupki księży czy sióstr zakonnych to dzieło całej wspólnoty, która wzajemnie się wspiera i dzięki temu jest bliżej drugiego człowieka i Boga. I właśnie tego mogłam doświadczyć i ja podczas mojego półrocznego pobytu w Peru. Bo choć chłopcy mieszkający w Domu nie są idealni, a do tego bardzo poranieni to można nauczyć się od nich bardzo wiele. Przypomnieli mi między innymi jak ważna jest sama obecność, nawet gdy z pozoru wydaje nam się, że ona nic nie zmienia. Pokazali mi jak ważne jest bliskość rodzin i bycie dla niej wsparciem. Nauczyli mnie lepiej się modlić i być bliżej Boga. Cenną lekcje dali mi również pracownicy domu, których los także nie oszczędzał, a mimo to potrafili poświęcić swoje życie dla innych i dzięki temu byli szczęśliwymi. Pobyt na misji pomógł mi również dostrzec w jak bardzo konsumpcyjnym świecie żyjemy i jak bardzo tego nie potrzebujemy. W jak komfortowym i bezpiecznym kraju mieszkamy i jak tego nie doceniamy.



Mówiąc wprost na mojej misji było mi trudno, było dużo łez, bezsilności, zmęczenia a czasem i złości, ale to był to dla mnie czas wspaniały. Bo gdy w pełni zawierzymy nasze życie Bogu, to nawet gdy będzie bardzo trudno to wewnętrznie będziemy szczęśliwi i nasze życie będzie miało sens. ~Kasia Parzych