Witajcie w kuchni, moim "ulubionym" miejscu w Casa Don Bosco
No dobrze, mówiąc szczerze, to kuchnia nie do końca jest moim ulubionym miejscem, ale jeśli ktoś szuka mnie w Casie, niech lepiej najpierw sprawdzi w kuchni.
Jednym z pierwszych zadań, który postawił przede mną ksiądz Piotr, było zaopiekowanie się kuchnią, która z perspektywy czasu okazała się moim osobistym polem minowym. Zanim jednak opowiem, co robię w kuchni, muszę wspomnieć o sposobach pozyskiwania jedzenia przez nasz dom. Po pierwsze raz w tygodniu robimy zakupy na targu. Tam kupujemy głównie warzywa, jajka i przyprawy. Dodatkowo co 2-3 tygodnie dostajemy subwencje jedzenia od dzielnicy Brena, w której mieści się nasz dom. Są to w przeważającej mierze: ryż, makaron, cukier czy rośliny strączkowe. Jednak lista produktów, które otrzymujemy, nigdy nie jest ustalona jasno z góry i zawsze stanowi dla nas swego rodzaju niespodziankę. Prawdziwą jednak niewiadomą są donacje, a zatem produkty uszkodzone lub z krótkimi datami przydatności, które odbieramy 5 razy w tygodniu z hipermarketów. I tak jednego dnia możemy otrzymać 400 parówek, a drugiego 400 mini bułek. Jednego dnia donacja może liczyć 15 skrzynek a innego tylko 4. Te 3 różne sposoby pozyskiwania jedzenia, wymagają od nas bardzo dobrej koordynacji i elastyczności menu, ale są równocześnie dla domu ogromnym odciążeniem finansowym.


Jeśli ktoś zatem będzie szukać mnie rano, to pewnie będę w kuchni, aby pomóc w przygotowaniu śniadania lub aby zweryfikować, które produkty powinniśmy wykorzystać danego dnia. W ciągu dnia mogę szykować drugie śniadanie, podwieczorek, lub pomagać chłopakom podczas sprzątania kuchni i spiżarni. Wieczorami natomiast zapewne będę dopingować chłopaków podczas przygotowania kolacji, a następnie segregować produkty, które otrzymaliśmy w ramach donacji. Dodatkowo raz w tygodniu, wraz z kucharką, będę szykować menu i listę zakupów, aby następnego dnia pójść z chłopakami na targ.
Mówiąc o kuchni, nie można jednak zapominać o ogromnej roli chłopaków w jej funkcjonowaniu. Chłopacy regularnie pomagają kucharce w przygotowaniu posiłków, a dodatkowo są odpowiedzialni za przygotowanie kolacji oraz wszystkich posiłków w niedzielę. Oczywiście nie zawsze, wszystko funkcjonuje idealnie, opóźnienia godziny kolacji lub nieposolony ryż nikogo już chyba tutaj nie dziwią. Z drugiej strony kuchnia uczy chłopaków współpracy i odpowiedzialności. Gdy za kolację odpowiedzialny jest chłopak z mniejszym doświadczeniem, zawsze znajdzie się ktoś inny chętny mu pomóc.


Cichym bohaterem kuchni jest jednak John, jeden z chłopaków, który uczy się, aby zostać kucharzem. To on w styczniu podczas miesięcznego urlopu kucharki, przejął stery nad kuchnią i ją zrewolucjonizował. Zaprowadził ład i porządek, a do tego sprawił, że chłopcy polubili część potraw, na które do tej pory tylko patrzyli z ukosa. Odkąd John zaopiekował się kuchnią, wiele problemów, z którymi sama nie potrafiłam sobie poradzić, zostało rozwiązanych.
Po prawie 3 miesiącach pomocy w kuchni mogę śmiało powiedzieć, że nie jest to moje wymarzone miejsce, ale mimo wielu trudności i nieustannie popełnianych przeze mnie błędów, widzę ogromny sens zadania, które przedstawił przede mną ksiądz. Zdaje sobie sprawę, że właściwe odżywianie chłopaków, jest podstawą ich dobrego rozwoju, a dobre zarządzanie produktami, pozwala nam zaoszczędzić środki na inne potrzeby chłopaków, jak na przykład korepetycje z matematyki czy lekcje tańców regionalnych. ~Kasia Parzych